Szla Maniana raz pijana - Rębkow - duża historia małej wsi

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Szla Maniana raz pijana

Opowiadania

Szła Maniana raz pijana
Ponoć poznawanie świata to proces ciągły chociaż nierównomiernie rozłożony w czasie. Jedni ludzie są mniej a drudzy bardziej ciekawi Świata. Jak mówi Mietek Karczmarczyk "ciekawość jest kosztowna" i to stwierdzenie ma wiele wymiarów bo koszty mogą być czysto materialne na przykład kosztują książki, kosztuje kształcenie ale i mogą być koszty inne. Czasami ceną jaka się płaci za poznawanie Świata jest utrata pewności że Świat jest bezpieczny a wszystko proste i oczywiste. Mechanizmem obronnym może być wtedy próba oswajania niebezpieczeństw lub udawanie, że samemu się jest niebezpiecznym - tak na wszelki wypadek gdyby ktoś coś złego planował.
Jak miałem te pięć - sześć lat zdarzało się, że do zapadnięcia nocy siedziałem u ojca w straży, tam jeszcze w Siedlcach. Nie było to daleko ale pojęcie blisko czy daleko ma zupełnie inny wymiar dla dziecka a inny dla dorosłego. Inny wymiar ma nawet ta sama odległość w dzień niż w nocy.
Któregoś razu zasiedziałem się jeszcze trochę dłużej w tej straży niż zwykle. Mama nie niepokoiła się bo przecież byłem u ojca. Musiało to być latem bo w pewnej chwili matka usłyszała, że ktoś na ulicy idzie i głośno śpiewa i to taką raczej pijacką piosenkę "Szła Maniana raz pijana, prowadził ją stróż, cała morda obży..... a w kieszeni nóż itd. itd." .
Dziwny to był śpiew i jakoś tak niepodobny do śpiewów jakie czasami słyszała ta uliczka gdy ktoś pod dobrym humorkiem wracał do domu. Ten śpiew był taki piskliwy i zdecydowanie dziwny, i tak inny a jednocześnie nie wiadomo dlaczego znajomy, że matka wyszła na balkon i zdębiała - to jej własny synek, ten najmłodszy szedł środkiem ulicy i śpiewał, a co? Wejdzie kto takiemu śpiewakowi w nocy w drogę!
Czy to był tylko mój wynalazek - śpiewem odpędzać strachy?
Nie sądzę.
Kto to jest Mietek?
Mietek jest starszy chyba o dwa lata ode mnie - różnił się w dzieciństwie tym od nas, że traktory były jego głównym zainteresowaniem.
Czy jedynym?
Nie, ale jak tylko taki pyrkoczący Ursus wyjeżdżał na pole to Mietek go nie odstępował.
Kiedy to było?
Tak w połowie lat pięćdziesiątych - w Rębkowie wtedy mieszkałem.
Z tego majątku ziemskiego, królewskiego zresztą, co to car przydzielił w czas zaborów Zwierowowi to po tej Drugiej Światowej zrobili Spółdzielnię Produkcyjną i tam ten pyrkoczący, jednocylindrowy, rozpalany kierownicą traktor przydzielili.

Ziemia którą zarządzała Spółdzielnia była urodzajna, wieś - ta część chłopska - miała gorsze ziemie. Na spółdzielczym to i buraki cukrowe mogły rosnąć i pszenica a na chłopskim to tak różnie, zależy gdzie. To że mogło rosnąć nie oznaczało, że rosło chociaż nawet chyba się starali. Traktor od rana do wieczora pyrkotał na polu to znaczy pyrkotał i wtedy gdy orał i wtedy gdy się zakopał i zakopywał się coraz bardziej. To wtedy nie tylko Mietek nie odstępował traktora.
Ziemia, pole ma to do siebie, że nie terminy ustalone przez brygadzistę są dla niej istotne tylko te cykle wytyczane co roku przez przyrodę. Jest termin odpowiedni dla orki, odpowiedni dla siewu, odpowiedni dla zbiorów. Jak mówi Pismo Święte "jest czas zbierania kamieni i jest czas rzucania kamieniami" - ci ze Spółdzielni chyba nie czytali Pisma Świętego dlatego te terminy różnych czynności wykonywanych w tym gospodarstwie rolnym to były raczej takie mało związane z rozsądkiem a już na pewno z doświadczeniem.

Bo kto to wypuszcza na pole ciężki traktor jak pole rozmięknięte?

Brygadzista. Ludzie przecież muszą pracować a traktor nie może stać bezczynnie. Że się zakopie - to pewne, ale stał nie będzie. I stał tak czasami na polu kilka dni - traktor nie brygadzista, bo go żadną siłą nie można było wyciągnąć - traktora nie brygadzistę- tylko zabierali kierownicę żeby nie ukradli albo nie rozpalili silnika.
Kierownica do rozpalania silnika?
Tak - kierownica była duża, obłożona drewnianą wykładziną i do rozpalenia silnika zakładało się ją z boku traktora na koło zamachowe i kręciło aż silnik zaskoczył, albo i nie.
Ci nowi "właściciele" majątku w Rębkowie to uważali go za swoją własność i nie było by w tym nic złego gdyby nie to, że mieli zupełnie inne niż ci co przed wojną dzierżawili od Kółek Rolniczych ten majątek poczucie własności.
Wojna oszczędziła majątek i wszystkie zabudowania i te mieszkalne i te gospodarcze były w doskonałym stanie mimo, że sam budynek dworu już miał dużo ponad sto albo i dwieście lat. Obora to na chyba 80 sztuk bydła mogłaby i dziś być pokazywana w telewizji, chlew też - murowany był - można by pokazywać gdyby do dziś dotrwały ale nie dotrwały - nie ma nawet śladu po nich.
Ile potrzeba było czasu aby to wszystko zniszczyć?
No tak już w latach sześćdziesiątych to nie można było nawet domyślać się dawnej świetności majątku. Ale ile radości sprawiło zarządzanie tym gospodarstwem tym co budowali nowy ustrój, chyba byli właśnie z tego powodu ciągle pijani, a może mnie się tylko tak wydawało, bo to chyba nie jest możliwe żeby pracować i ciągle pić. Niektórzy to nawet medale podostawali. Ciekawe czy tam było napisane, że to za doprowadzenie do zniszczenia dawnej świetności tego majątku.
Jak taki medal może wyglądać?
Ile to więcej dają emerytury za taki medal?
Za takie zniszczenia?
SJS

Tu jest opisana historia zarządzania majątkiem folwarku

Jesteś Na bloga liczniki osobą na tej stronie.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego