Samolot - Rębkow - duża historia małej wsi

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Samolot

Opowiadania

Samolot ze sztachet, a najgorsze to te drzazgi

Wojna porozrzucała po Świecie i ludzi i przedmioty. Było wyraźnie widoczne którzy ludzie i które przedmioty nie pasują do otoczenia - bo co robił na wsi starszy człowiek co śpiewał arie operowe, co w zagrodzie rolnika robiło śmigło od samolotu albo koła od Messerschmitta, albo wziernik od niemieckiego czołgu? A u moich dziadków były takie dziwności - ot wojna szła i gubiła co nieco.
Pewnego razu na gospodarstwie zostaliśmy we trzech - Zbyszek, Zenon i ja. Rodzice i babcia gdzieś pojechali i kilka godzin mieliśmy być sami. Moi starsi bracia tylko na to czekali - wyciągnęli skrzynkę z gwoździami, młotek, obcążki, piłę, sztachety, i najprawdziwsze drewniane śmigło i obwieścili otoczeniu czyli mnie, że budują samolot. Wynosić te wszystkie graty to ja im jeszcze pomagałem ale jak zapowiedzieli, że to ja będę pilotem tego samolotu bo jestem najmniejszy uznałem, że chyba lepiej im nie pomagać. Deski z którego klecono samolot miały drzazgi i nie miałem najmniejszej wątpliwości, że jeśli ja będę siedział w tej konstrukcji to bez wątpienia te drzazgi stanowią dla mnie zagrożenie. Już to nie raz sprawdziłem!
Obchodziłem z daleka to miejsce gdzie budowniczowie pracowicie zmagali się z rzeczami które nijak do siebie nie pasowały i całe szczęście, że babcia wróciła wcześniej do domu. Zobaczyła co się dzieje, bez chwili namysłu zdjęła fartuch z troczkami i już na sam widok troczko-fartucha konstruktorzy uciekli pozostawiając przedziwną konstrukcję. Oj, babcia uratowała jak nic moją pupę od drzazg.
Nie wyszło latanie na samolocie ze sztachet?
Nic nie szkodzi - można przynajmniej przez kilka sekund prawie latać. Strażacy to na naciągniętej linie potrafią zjeżdżać nawet z kilkupiętrowego domu - oni potrafią to moi bracia też. Tylko, że na wsi to nie ma raczej kilkupiętrowych domów ale są za to wysokie drzewa. Wystarczy wejść na takie drzewo, przyczepić koniec liny a jej drugi koniec przyczepić do innego drzewa ale tak na wysokości wzrostu dziesięciolatka i już można bawić się w strażaków.
Nie wiedzieliśmy, że jeszcze czegoś potrzeba - wprawy. Nawet pas strażacki z karabińczykiem to nie wszystko bo i lina musi być odpowiednio napięta i jej kąt opadania też nie jest przypadkowy a i umiejętność hamowania szybkości zjazdu też. Jak już udało się w miarę pewnie zaczepić linę z jednego i drugiego końca to przyszedł czas na "zjazdy". Nie wiem kto pierwszy zjechał ale na pewno to nie byłem ja - natomiast pamiętam, że wystąpiło zjawisko nijak przez nas nieprzewidziane - nie żeby nie było chętnych czy też było ich zbyt dużo do tego zjeżdżania - do zjeżdżania były potrzebne rękawiczki - i to w środku lata!
Dlaczego?
A każdy kontakt rąk z liną kończył się poparzeniem dłoni - po prostu przy próbie hamowania za pomocą dłoni wydzielało się tyle ciepła, że bez rękawiczek zjazd był niebezpieczny.
Czy w końcu w dzieciństwie latałem, tak naprawdę?
Jeśli sen jest "naprawdę" to tak. Wielokrotnie śniłem, że biegnę, rozkładam ręce szeroko i lecę tuż na ziemią. Ciekawe to w tym śnie było to, że ten lot odbywał się zawsze w tym samym miejscu - przy kasztanach na drodze do szkoły.
I chyba to było jesienią tak jak już makówki dojrzewały.
SJS


Jesteś Na bloga liczniki osobą na tej stronie.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego