Kasperkiewicz Julian - Rębkow - duża historia małej wsi

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Kasperkiewicz Julian

Pamieci tych co odeszli

Julian Kasperkiewicz

nauczyciel żołnierz Armii Krajowej
1902  1944

Julian Kasperkiewicz urodził się 19 lipca 1902 roku w Rędzinach koło Częstochowy w wielodzietnej rodzinie rolników Antoniego i Celiny z Ościków. W 1911 r. przeniósł się z rodzicami na Zakrzówek (obecnie w granicach Radomska). W pobliskim Radomsku ukończył Szkołę Powszechną oraz Gimnazjum Humanistyczne Męskie Stanisława Niemca. Świadectwo  dojrzałości otrzymał 2 czerwca 1924 roku i rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.  Ze względu na trudną sytuację materialną rodziny studiów nie mógł kontynuować.

cd na końcu strony

Szkoła Powszechna w Rębkowie, klasa V, zakończenie roku szkolnego 1941/42, czerwiec 1942 r.

I rząd od góry, od lewej:  1. Wacław Karczmarczyk,  2. Jabłoński Edmund  , 3. Witak Tadeusz. , 4.Wojciech /Stanisław/ Ostolski ,  5. Henryk Rękawek,  6. Henryk Żołądek,  7. Tadeusz Tudek,  8. Zygmunt  Zając ,  9. Ostolski Jerzy.  10. Włodzimierz Tobiasz ,
II rząd 1. Piotrowska Krystyna /Wójciak/ . 2, . Witak  /Zadrożna/ 3. Aleksandra Baran .4. Balas Genowefa /Głowienko/ .5 Gniadek Janina .  6 Ostaolska Krystyna .
III rząd:   1. Henryka Półtorak Henryka.    2. Halina Szponder,   3. Irena Lodowska,   4. Wanda Karczmarczyk,   5. Krystyna Kasperkiewicz,  6. Julian Kasperkiewicz,   7. Janina Rosłaniec /Siarkiewicz?/,   8. Ewa Kiljańska,   9. Stanisława Załęcka,  10.Wanda Głaszczka  11.Irena Gora

Szkoła Powszechna w Rębkowie, klasa VI, zakończenie roku szkolnego 1941/42, czerwiec 1942 r.

I rząd:  1. ...,  2. Żoładek Ryszard., 3. ...,  5.Rychlik Edward, 6. Rychlik Stanisław, 7. Adolf Rychlik .
II rząd:  1. Barbara Tudek,  2. Jadwiga Zielińska
/Góźdź/,  3 Wanda . Niedźwiedzka  /Tobiasz/ , 4.Karczmarczyk Genowefa, 5. Julian Kasperkiewicz,  6.Zofia   Gałązka , 7 Rękawek Halina /Rychlik/ ,  8. Zawadka Franciszka.

Julian Kasperkiewicz z synem Jerzym przed domem Zięcinów, w którym mieszkał. Zdjęcie wykonane w czerwcu 1942 r.

Zdjęcie wykonane 6 czerwca 1943 r. w ogródku przed domem Zięcinów. Maria i Julian Kasperkiewiczowie z dziećmi: Jerzym, Krystyną i Zygmuntem.

Zdjęcie wykonane w czerwcu 1942 r. przed szkołą w Rębkowie. Julian Kasperkiewicz z córką Krystyną i synem Jerzym.

Zdjęcie wykonane w czerwcu 1942 r. w pobliżu szkoły w Rębkowie.
Stoją od lewej:  1. Henryk Żołądek,  2. Jadwiga Zielińska /Góźdź/,  3. Tadeusz Tudek ,
Siedzą:  1. Krystyna Kasperkiewicz,  2. Ewa Kiljańska,  3. Krystyna Ostolska



Dnia 1 sierpnia 1925 roku podjął pracę jako nauczyciel jednoklasowej Szkoły Powszechnej w Sieliszczu gmina Pohost Zahorodzki w powiecie pińskim na Polesiu. Po trzech miesiącach 16 listopada został przeniesiony do tego samego typu szkoły w Bogdanówce, w tej samej gminie.
 W następnym roku, 17 grudnia w Prużanie (okręg szkolny poleski) złożył egzamin uzupełniający dla czynnych a niewykwalifikowanych nauczycieli szkół powszechnych, uzyskując kwalifikacje do pełnienia obowiązków tym nauczyciela szkół  powszechnych.  Od 1 września 1927 roku rozpoczął pracę w jednoklasowej Szkole Powszechnej w Łucznicy gmina Osieck w powiecie garwolińskim. W 1928 roku został kierownikiem dwuklasowej Szkoły Powszechnej w Rębkowie. 23 lutego 1929 roku ukończył w Warszawie czterotygodniowy Kurs Przysposobienia Woskowego i Wychowania Fizycznego (PWiWF). We wrześniu 1929 roku uzyskał od biskupa siedleckiego misję kanoniczną do nauczania religii.
 12 września tego samego roku zawarł związek małżeński z Marią Morusówną, pochodzącą z Krakowa nauczycielką w Osiecku. Tutaj w 1930 roku urodziła się córka Krystyna, a w 1931 roku syn Zygmunt.
 6 czerwca 1931 roku zdał w Puławach praktyczny egzamin dla nauczycieli publicznych szkół powszechnych. 1 września tegoż roku otrzymał przeniesienie do siedmioklasowej Szkoły Powszechnej w Osiecku. Po dwóch latach, 1 sierpnia 1933 roku objął funkcję kierownika pięcioklasowej Szkoły Powszechnej w Powiślu gmina Wilga. Angażował się wówczas wraz z wójtem Janem Krzysztoszkiem, w budowę nowej szkoły w Kępie Celejowskiej. Prowadził koło Związku Strzeleckiego. Tutaj urodził się w 1934 roku syn Jerzy. W czasie wakacji w 1938 roku Julian Kasperkiewicz rozpoczął naukę w zakresie matematyki na Wyższym Kursie Nauczyciel którego ze względu na wybuch wojny nie zdołał ukończyć.
 Po wkroczeniu Niemców w 1939 roku, w związku z utworzeniem w tym samym budynku szkoły niemieckiej i objęciem jej kierownictwa przez Niemca, złożył podanie o przeniesienie i został skierowany od 15 lutego 1940 roku do pracy na stanowisku kierownika Szkoły Powszechnej III stopnia w Maciejowicach. Od 6 września 1940 roku ponownie objął kierownictwo szkoły w Rębkowie. Tam też natychmiast  włączył się do działalności  niepodległościowej w Związku Walki Zbrojnej  (później Armii Krajowej) i tajnej oświacie.
 W maju 1941 roku, po wyjeździe podchorążego Zbigniewa Jeżewskiego, objął pod pseudonimem  “Olszyna” dowództwo placówki Wola Rębkowska i dowodził nią do lipca 1943 roku. W tym  okresie był też dowódcą organizacji w Rębkowie. Miał wówczas stopień starszego szeregowca. W lipcu 1943 roku, po przekazaniu placówki Janowi Gdyrze ps. “Grom”, podoficerowi zawodowemu I Pułku Strzelców Konnych, został inspektorem Wojskowej  Służby Ochrony Powstania kryptonim “Tasiemiec” na terenie “Gołębia”, liczącej wówczas 167 ludzi starszych wiekiem, z roczników 1891 -1903. WSOP powołana decyzją naczelnych władz wojskowych i administracyjnych w okupowanym kraju miała odciążyć  siły zbrojne podczas i w okresie po opanowaniu terenu od służby  wartowniczej i ochronnej. Do zadań jej należała: ochrona obieków wojskowych, instytucji użyteczności publicznej, zakładów przemysłowych, urządzeń komunikacyjnych i telekomunikacyjnych, zwalczanie dywersji, partyzantki i spadochroniarzy wroga.
 Jak wspomniano wyżej,  Julian Kasperkiewicz  pracował  także  w tajnej oświacie  i to zarówno w szkole jak i w domach prywatnych, nauczając zakazanych przez okupanta przedmiotów. Był członkiem Tajnej Organizacji Nauczycielstwa (TON) oraz przewodniczącym Komisji Oświaty i Kultury gminy Wola Rębkowska, jak również członkiem powiatowej KOiK.
 Julian Kasperkiewicz zginął w Rębkowie 14 kwietnia 1944 roku z rąk żandarmerii niemieckiej z Łaskarzewa. Spoczywa na cmentarzu parafialnym w Garwolinie.
Dnia 15 kwietnia 1998 r. został odznaczony pośmiertnie przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Krzyżem Armii Krajowej.
Wspomnienia z Powiśla
Stefan Krzysztoszek

Na treść moich wspomnień o Julianie Kasperkiewiczu i jego rodzinie składają się  dwie relacje. Jedna to wyjątki z monografii mojego opracowania pt. „Świadectwo pamięci”  oraz druga to tekst uzupełniający aktualnie dopisany.
Ja, jako siedmioletni chłopiec oraz moja rodzina poznaliśmy Juliana Kasperkiewicza i jego Rodzinę latem 1933 roku. Rozpoczynałem w tym czasie naukę w pierwszej klasie szkoły powszechnej, a Julian Kasperkiewicz obejmował wówczas kierownictwo Szkoły Powszechnej w Powiślu na  terenie wsi Kępa Celejowska. Szkoła nie miała własnego budynku i rozlokowana była w kilku wynajmowanych przez gminę prywatnych lokalach. Mnie przypadło chodzić do pierwszej i drugiej klasy do lokalu mieszczącego się  we wsi Olszak (obecnie włączona do Wól Gruszczyńskiej). Do klasy trzeciej chodziłem już do lokalu mieszczącego się w we wsi Podole Stare oddalonej o kilka kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. W tym czasie budowany był murowany budynek szkolny. Mój ojciec Jan Krzysztoszek był przewodniczącym Społecznego Komitetu Budowy Szkoły. Julian Kasperkiewicz aktywnie włączył się w pracę tego Komitetu.
Z perspektywy czasu uważam, że J. Kasperkiewicz, obejmując kierownictwo Szkoły w Powiślu znalazł się w trudnej sytuacji. Szkoła rozrzucona po różnych wsiach, zależnie od możliwości wynajmowania izb. Jako kierownik musiał odpowiadać za organizację zajęć, nadzorować je, prowadzić i opiekować się dokumentacją, a do tego sam też musiał prowadzić zajęcia szkolne.  
W 1935 roku nowa szkoła została oddana do użytku. W planie miała to być ośmioizbowa szkoła, ale ze względu na ograniczone fundusze posiadała cztery przestronne izby i dwa równie przestronne, jak na te czasy, korytarze na których odbywały się zajęcia z wychowania fizycznego nazywanego wówczas gimnastyką. Było też pomieszczenie na pokój nauczycielski połączony z kancelarią i pomieszczenie gospodarcze. Piąta izba lekcyjna znajdowała się w drewnianym budynku stojącym na terenie szkolnym.  Tuż obok szkoły mieściła się również kuźnia prowadzona przez kolonistę niemieckiego.
Szkoła była wyżej zorganizowaną bo prowadziła nauczanie w zakresie siedmiu klas. Z tego powodu była jedyną na okoliczne wsie jak np. Mariańskie Porzecze i Wilga. Najbliższe tego samego stopnia organizacyjnego szkoły mieściły się w Sobieniach Jeziorach, Garwolinie i Maciejowicach. Z tego powodu do Szkoły w Powiślu, do wyższych klas,  chodziły dzieci z sąsiednich rejonów szkolnych, a w tym z Goźlina, Mariańskiego Porzecza, Wilgi itp.
Nowa szkoła stała się pod kierownictwem Juliana Kasperkiewicza  nieoficjalnym domem kultury. Nauczyciele, jako już zintegrowany zespół, podejmowali takie zajęcia jak organizowanie teatrzyku szkolnego, czy recytowanie wierszy z okazji różnych świąt jak 3 maj, 11 listopad czy imieniny prezydenta Mościckiego. Utrwaliła się w mojej pamięci niejedna uroczystość, a szczególnie uroczystość związana ze Świętem Morza. Był to letni wieczór. Szkoła była udekorowa. Środkowe szyby w oknach zasłonięte były czerwoną bibułą, a za nią paliło się światło. Może  dzisiaj wydaje się to zbyt naiwne, ale wówczas szkoła w mojej wyobraźni była piękna i jako uczeń tej szkoły cieszyłem się jej widokiem.
Do czwartej klasy chodziłem już do nowej szkoły. Lekcje z nami prowadzili już różni nauczyciele, nastąpiła specjalizacja w nauczaniu. Zajęcia lekcyjne były ciekawe, nie tylko ze względu na program, ale  przede wszystkim ze względu na urozmaicenie zajęć. Tradycyjne lekcje gimnastyki wzbogacono różnymi grami na obszernym boisku szkolnym, czy na dużym korytarzu szkolnym w czasie deszczu lub zimy. Rysowaliśmy na specjalnych kartonach z bloków rysunkowych, na pracach ręcznych coś zbijaliśmy. Funkcjonowała biblioteka szkolna. Zorganizowany był chór. Zajęcia w szkole prowadziło pięcioro nauczycieli, w tym dwoje Niemców, ale to do 1939 roku nie miało znaczenia. Oczywiście, że takim uroczystościom i wzbogaconej realizacji programów szkolnych patronował  kierownik szkoły Julian Kasperkiewicz.  
Dzięki społecznemu podejściu Juliana Kasperkiewicza szkoła stała się także miejscem spotkań o charakterze sportowym.  J. Kasperkiewicz udostępniał lokal szkolny i boisko szkolne starszej społeczności jak i młodzieży.
Z kierownikiem szkoły  i jednocześnie  sąsiadem moich Rodziców, obcowałem w szkole  codziennie. Sąsiedzkie stosunki z rodziną  Juliana Kasperkiewiczem układały  się bardzo dobrze z wielu powodów. Mój Ojciec,  jak i Julian Kasperkiewicz byli społecznikami i stąd  znajdowali wspólny język. U pani Kasperkiewiczowej częstym gościem bywała Klara Piórówna, starsza panna, która później w czasie okupacji pod pseudonimem “Jasna” kierowała sekcją sanitarną w placówce AK Wilga.
 Kierownik miał troje dzieci - Krystynę, Zygmunta i Jerzego, którzy z biegiem czasu stali się  towarzyszami zabaw, mimo różnicy wieku.  Ponieważ dzielił nas tylko płot, przez który zbudowany był  tak zwany przełazek, dlatego też  byliśmy u siebie bardzo często. Przełazek zastępował furtkę i był gwarancją, że furtka nie będzie przypadkowo otwarta, a żadne zwierzę przez przełazek nie przejdzie. Oficjalne wejście do mieszkania Kasperkiewiczów, składającego się z kuchni i dwóch pokoi, znajdowało się od strony drogi.                    
Rodzina Kasperkiewiczów zaopatrywała się u moich  Rodziców w artykuły spożywcze pierwszej potrzeby. Widocznie z tej formy zaopatrzenia były zadowolone obie strony bo przetrwała ona aż do końca zamieszkania rodziny Kasperkiewiczów w Kępie Celejowskiej. Kiedy byłem uczniem piątej klasy w 1938 roku władze oświatowe zorganizowały wycieczkę do  Gdyni. Z Powiślańskiej Szkoły też pojechała grupa pod opieką kierownika szkoły - Juliana Kasperkiewicza. Dobrze się stało, że J. Kasperkiewicz  rozpropagował tę wycieczkę w szkole na Powiślu bo pozostała ona, myślę że nie tylko w mojej, pamięci.  Było to wielkie przeżycie pod wieloma  względami. Jechaliśmy specjalnym pociągiem jadącym z Lublina. My wsiadaliśmy do pociągu na stacji Garwolin w Woli Rębkowskiej.
Największe wrażenie zrobił przejazd przez Gdańsk i pierwszy widok morza. Przejeżdżając przez  Gdańsk polecono nam pozamykać okna. Widok jaki oglądaliśmy przez szyby wagonu pociągu trasę mogę przywołać jeszcze dzisiaj. To duże zbiorowisko wysokich domów z których zwisały olbrzymie hitlerowskie sztandary. Czerwone, z czarnymi hakenkreuzami  w białym kole. Tak to widziałem, dzisiaj  używam słowa „hakenkreuz", a wtedy nie znałem jeszcze tego pojęcia.  Dzisiaj oceniam że ta manifestacja zwisających flag miała robić na przejeżdżających Polakach odpowiednie wrażenie i myślę, ze to się niemieckim gdańszczanom udało, choćby dlatego, że do dzisiaj to pamiętam.
 Zobaczyłem z pociągu pierwszy raz morze. Byłem zaskoczony, że znajduje się ono wysoko nad horyzontem, tak mnie się wydawało i zadawałem sobie pytanie dlaczego woda morska tak wysoko może się utrzymać? Do tego pływają po niej statki.  Takie to było chłopięce wrażenie. Spaliśmy w Gdyni na dużej sali. Stały na niej rzędy piętrowych, metalowych łóżek. Spałem  na piętrze, a pode mną spał pan Kasperkiewicz. Krępowałem się ruszać bo metalowe łóżka skrzypiały. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy murzyna i dziwiliśmy się, że nie jest mu w Polsce zimno. Pisząc o Julianie Kasperkiewiczu wiele miejsca poświęcam własnym przeżyciom. Ale proszę zwrócić uwagę na to, że te opisy dają szerszy obraz życia rodziny Kasperkiewiczów i to że gdyby nie właściwa wizja J. Kasperkiewicza jakich doznań winno się dostarczać dzieciom i młodzieży, nie miałbym tych przeżyć. Myślę, że to dotyczy nie tylko mojej osoby ale wszystkich jego uczniów.  
Na terenie Powiśla mieszkało około 50% kolonistów niemieckich. Stosunki z nimi  zaczęły się ochładzać. Dzisiaj wiem, że było to wynikiem  zorganizowania wśród kolonistów niemieckiej tajnej organizacji prohitlerowskiej. Te sympatie niektórzy Niemcy nawet publicznie demonstrowali.  Polskie władze chciały nawet pozyskać kolonistów dając Ojcu, jako wójtowi,  zlecenie aby  Ojciec ich przekonał, iż nie są potomkami Niemców, lecz grupy etnicznej powiązanej  z Holendrami. Piszę o tych sprawach aby pokazać jak skomplikowanym było środowisko mieszkańców Powiśla w którym mieszkaliśmy i w którym pracował J. Kasperkiewicz.
Tak nastał 1939 rok, kończyłem szóstą klasę szkoły podstawowej. Wieści docierające do nas z  radia i z prenumerowanej prasy były tak niepokojące jak i budujące. Ojciec jako wójt też miał szerokie kontakty i dodatkowe informacje z zakresu wydarzeń politycznych. Ale ogólnie panowała niemal euforia pewności siebie, którą spotęgowało włączenie do Polski Zaolzia. Panowała wiara, że Polska nie odda ani guzika, jak głosił marszałek Edward Rydz-Śmigły. Nad Wisłą i na terenie Szkoły zorganizowano latem patriotyczną imprezę dla miejscowej społeczności. Na boisku zbudowano drewnianą estradę, która w późniejszych  tygodniach odegrała inną rolę.   A Niemcy wysuwali już pod adresem Polski znane z historii określone żądania. Czytający powyższe  stwierdzenia i opinie może mieć wątpliwości czy te wydarzenia docierały do mojej świadomości jako  przecież do 12-to czy 13-to letniego chłopca. Myślę że tak. Nawet w czasie wspólnych zabaw z dziećmi  państwa Kasperkiewiczów bawiliśmy się w wojnę i zawsze musieli wygrać ci, którzy reprezentowali  Polskę, a przegrywali ci, którzy występowali w roli Niemców. W tej sytuacji Niemców reprezentować nikt nie chciał. Przeważnie jednak organizowaliśmy szkołę i teatr nad stawem za rosnącymi tam krzakami bzu i jaśminu.
Jako uczniowie w szkole też braliśmy udział, jak nam się wydawało, we wzroście Polski w potęgę.  Kupowaliśmy znaczki, a zebrane za nie pieniądze miały iść na uzbrojenie Polskiego Wojska. Każdy  z nas uważał, że jak dał 10 groszy to kupił kawałek armaty. Ja też zakupiłem jej kawałek, uważałem, że kawałek lufy armatniej jest moją darowizną bo miałem prawo przykleić mój znaczek na plakacie z  lufą armatnią.
Nie  pamiętam, by pogarszały się stosunki koleżeńskie w szkole między polskimi i niemieckimi uczniami. Nie pozostał w mojej świadomości jakiś incydent, który by te kontakty na tle narodowościowym naruszył. Był jakiś niemiecki chłopiec, który stwarzał  różne konflikty, ale wszyscy tłumaczyli to jego psychiką (miał  niekształtną głowę), a nie narodowością.
Tak nastało lato 1939-go roku. Niemieccy koloniści, w  kaplicy, która zajmowała drugą część budynku w którym mieszkała rodzina Kasperkiewiczów., spotykali się już nie tylko na nabożeństwach  ale odbywali też jakieś inne zebrania. Atmosfera stawała się  napięta.  Ojciec był niespokojny, dłużej przebywał w gminie w Wildze. Otrzymywał  jakieś zlecenia, których ja nie znałem. Ale ogólna atmosfera,  którą kształtowało posiadane radio i prasa, była raczej optymistyczne. Atmosfera ta udzielała się również i nam dzieciom. Państwo Kasperkiewiczowie na część wakacji wyjeżdżali do rodziny. W 1939 roku wrócili na Powiśle w ostatnich dniach sierpnia. Pierwszego września rano dowiedzieliśmy się z radia o napaści Niemiec. Wybuchła wojna. Szkoła nie podjęła zajęć, uczniowie pozostali w domach. Od 18-go września zaczęła się okupacja niemiecka. Rodzinę Kasperkiewiczów wysiedlono z mieszkania. Ich lokal, który sąsiadował z kaplicą zajęli koloniści niemieccy.
Życie na Powiślu uległo całkowitej przemianie. Nawet w szkole zaszły bardzo duże zmiany. Julian  Kasperkiewicz po wakacjach już do szkoły nie wrócił. Szkołą kierował nauczyciel tej szkoły, który był Niemcem. W szkole wprowadził rewolucyjne zmiany, kierując się rasistowskimi poglądami. Nie znajduję dla tych zmian innego określenia. Zmiany polegały na tym, że budynek szkolny podzielono i pierwsze piętro przekazano do użytkowania dzieciom niemieckim, a parter przeznaczono dla dzieci polskich. To spowodowało dodatkowy rozdźwięk między dziećmi polskimi i niemieckimi. Teren  szkoły, a przede wszystkim boisko szkolne, stało się miejscem narodowych bójek. Pozostałe na boisku  szkolnym rusztowania, po wakacyjnych imprezach, szczególnie się do tego nadawały. To trwało do  czasu kiedy kierujący szkołą Niemiec nie dał polskim uczniom „wycisku" i zagroził dalszymi sankcjami. Nie stronił od policzkowania polskich uczniów. Nazywał się Herman Ginter. Program nauki mieliśmy uszczuplony, dzieciom żydowskim zabroniono przychodzenia do szkoły, aczkolwiek Żydzi mieszkali jeszcze w swych domach.
Moje kontakty z rodziną Kasperkiewiczów zostały zerwane na wiele lat. Rodzice mieli czasami kontakty gdy jeździli do Garwolina, ja widziałem p. Kasperkiewiczową w Garwolinie może dwa razy. Kontakt z córką Krystyną został nawiązany po przeszło półwiekowej przerwie gdy oboje byliśmy już emerytami.
Rębków – Armia Krajowa
Piotr Rutkowski
Podporucznik. AK, odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Będąc wysiedlony przez okupanta znalazłem się w Rębkowie, powiat Garwolin, gdzie latem 1940 roku poznałem Juliana Kasperkiewicza, kierownika tamtejszej szkoły. Powiedziałem w toku prowadzonych rozmów, że jestem podchorążym rezerwy łączności, otrzymywałem od J. Kasperkiewicza prasę podziemną.
Jesienią tego roku zaproponował mi wstąpienie do organizacji wojskowej – ZWZ, której był komendantem w Rębkowie, na co wyraziłem zgodę; złożyłem przed nim przysięgę przyjmując pseudonim “Jeleń”. W 1941 roku J. Kasperkiewicz poinformował mnie, że jest decyzja władz ZWZ aby zorganizować w Rębkowie radiostację nadawczo-odbiorczą, której mam być dowódcą, biorąc pod uwagę moją specjalność wojskową. Wskazał również dwóch ludzi, którzy mają stanowić wraz ze mną obsługę stacji (Stanisław Witak z Rębkowa i Franciszek Cabaj z Garwolina). Na zlecenie J. Kasperkiewicza sprzęt radiostacji odebrałem w Garwolinie, przewiozłem do Rębkowa, gdzie nastąpił montaż i przechowywałem go w zagrodzie Andrzeja Siudalskiego gdzie mieszkałem.
 W sprawach dotyczących radiostacji kontaktowałem się wyłącznie z J. Kasperkiewiczem, który był moim bezpośrednim przełożonym. Zostałem przedstawiony komendantowi Obwodu AK Garwolin “Marcinowi” (mjr Władysław Szkuta).
 Ze względu na bezpieczeństwo w 1943 r. sprzęt radiostacji wspólnie z J. Kasperkiewiczem przenieśliśmy do zagrody gospodarza Rosłańca, która znajdowała się nieco z boku wsi.
 W tym samym roku J. Kasperkiewicz polecił mi zabezpieczyć miejsce pracy dla radiotelegrafisty który przybył określonego dnia z zewnątrz, z własnym sprzętem dla dokonania “grania” (nawiązania łączności z inna stacją). Odbyło się to na terenie majątku Rębków w tzw. “kurnikach”, gdzie zapewniłem pomoc i ochronę. Po raz drugi na zlecenie J. Kasperkiewicza wzięliśmy udział w ochronie pracy tego samego radiotelegrafisty w domu nauczyciela w wiosce na południe od Garwolina.
 J. Kasperkiewicz posiadał magazyn broni (kilkanaście karabinów ręcznych) na terenie wspomnianych “kurników”. W celu lepszego zabezpieczenia broni podjął decyzję przeniesienia jej na inne miejsce, do zagrody gospodarza za rzeką (Sobczyk?) [najprawdopodobniej Traczyk – przyp. KKS]. Udział w przerzucie broni brał osobiście J. Kasperkiewicz, ww. gospodarz z podwodą i ja. (Broń tę w lipcu 1944 roku przewieźliśmy z wymienionym gospodarzem na miejsce koncentracji oddziału AK w lesie koło Rębkowa.)
 Brałem udział w nocnym wypadzie oddziału AK pod dowództwem J. Kasperkiewicza na tory kolejowe w rejonie Rudy Talubskiej. Nie pamiętam już dzisiaj zadania tego wypadu i czy zostało ono wykonane. Do spotkania z Niemcami nie doszło i nie było walki.
 Moje wspomnienia o J. Kasperkiewiczu dotyczą konkretnych działań, którymi się zająłem osobiście. J. Kasperkiewicz jako komendant placówki musiał mieć zakres działania znacznie szerszy, ale jest mi on bliżej nieznany i nie mogę się na ten temat konkretnie wypowiedzieć. Bezpieczeństwo wymagało, by rygory konspiracji były ściśle przestrzegane. Mimo że z J. Kasperkiewiczem często się spotykałem i rozmawiałem, miałem świadomość, że mówi mi jedynie to co jest konieczne w związku z moimi obowiązkami. Traktował swą funkcję bardzo poważnie, z poczuciem pełnej odpowiedzialności za Sprawę, której się podjął i za życie ludzkie. Był patriotą i demokratą, pochodził z rodziny chłopskiej, bliski był mu ruch ludowy. Znał ludzi w Rębkowie, nawiązywał z nimi kontakty i umiał ich zjednywać do pracy konspiracyjnej. Uważam, że z kolei ludzie z Rębkowa darzyli go dużym zaufaniem, co należy zawdzięczać jego uczciwości i autorytetowi jaki posiadał. Był prosty i bezpośredni w stosunkach z ludźmi, a przy tym bardzo konkretny i poważny. Nie służył w wojsku, a podjął się organizować i kierować działalnością konspiracyjno-wojskową, którą prowadził prawie przez cały czas okupacji. Taka zaangażowana postawa wynikała z żarliwego patriotyzmu i prawego charakteru, ideowego wychowania jakie wyniósł ze ze swego rodzinnego gniazda i szkoły polskiej, a sam do niej [te wartości] wnosił jako wychowawca. Pochodził z rodziny wielodzietnej, miał siedmiu braci, z których jeden, starszy, zginął jako żołnierz w walce za Polskę. [Zygmunt, zginął jako ochotnik w obronie Lwowa w 1918 r. – przyp. KKS.]
 Sam Julian Kasperkiewicz miał troje dzieci poniżej 10 lat gdy rozpoczynał swą żołnierską służbę dla Polski. Żył z rodziną w warunkach materialnie bardzo trudnych, w ciasnocie jednej izby. Podobnie jak jego brat, oddał życie za Polskę. Zasłużył na wieczną naszą cześć i pamięć.
        Łódź, 12 maja 1982 r.


Fragment listu Piotra Rutkowskiego

Droga Pani Mario i Krystyno,         Łódź, 14 IV 82 r.

Zdziwią się Panie zapewne, że otrzymują od nas ten list po nieskończonej wprost ilości lat. Mnie same też trudno to zrozumieć i wytłumaczyć. Muszę jednak powiedzieć, że przez cały ten długi czas tragedia Waszej Rodziny była nam bliska i żywa, a pamięć o was stała i głęboka. [...]
 Wraz z moim szwagrem Franciszkiem Okoniem z Garwolina podjęliśmy inicjatywę, aby w jakiś godny sposób uczcić pamięć Ś. p. Juliana np. przez nadanie szkole w Rębkowie Jego imienia lub wmurowanie tablicy pamiątkowej. Zimą jeszcze szwagier przywiózł mi wiadomość, że sprawa znalazła zrozumienie wśród ludzi zainteresowanych i może będzie załatwiona. [...]
         Helena i Piotr Rutkowscy
Powiśle, Rębków

Krystyna Kasperkiewicz-Saletnik

Moje wspomnienia z Osiecka, gdzie się urodziłam i przebywałam do 3. roku życia, są bardzo skąpe i fragmentaryczne, a nawet sylwetki rodziców ledwie zarysowane. Do pobytu na Powiślu, gdzie ukończyłam przed wojną II klasę szkoły powszechnej, pozostawił w mojej pamięci wiele wydarzeń. Mama nie pracowała w tym okresie zawodowo, zajmowała się domem i wychowywaniem trójki dzieci. Ojciec wraz z wójtem Janem Krzysztoszkiem przystąpił zaraz do budowy nowej szkoły, a po jej powstaniu w dalszym ciągu pochłonięty był pracą zawodową. Popołudnia a często i wieczory spędzał w szkole, gdzie odbywały się zajęcia pozalekcyjne oraz różne imprezy. Ja i moi bracia byliśmy szczęśliwi,  kiedy mógł nam poświęcić nieco czasu.
Bardzo chętnie bawiliśmy się z zaprzyjaźnionym z nami, trochę od nas starszym Stefanem Krzysztoszkiem synem naszych najbliższych sąsiadów, któremu nigdy nie brakowało pomysłów w organizowaniu ciekawych zabaw. Często bawiliśmy się w szkołę, a nauczycielem był oczywiście Stefan, co, jak się później okazało, znalazło urzeczywistnienie w jego drodze życia. Braliśmy też udział w zajęciach jakie wykonywał pomagając w gospodarstwie. Mieliśmy więc okazję zapoznawać się z wieloma pracami w rolnictwie obserwując dobrze zorganizowaną działalność całej rodziny. Stefan był odpowiedzialny i opiekuńczy, tak że rodzice mogli być spokojni o nasze bezpieczeństwo. Rozstaliśmy się w 1939 r. na długo. Znajomość  naszą odnowiliśmy dopiero po przeszło 60 latach, z poważnym już panem na emeryturze, docentem doktorem nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki, między innymi byłym dyrektorem IX Liceum Ogólnokształcącego im. Klementyny z Tańskich Hoffmanowej w Warszawie;  ciągle pełnym energii i inicjatyw.
 Z chwilą wybuchu wojny we wrześniu w 1939 roku, ulegając panującej wówczas atmosferze rodzice zamierzali  uciekać przed Niemcami na wschód. Rzeczy były już spakowane i wszystko przygotowane do podróży furmanką, lecz wieści o tragicznych wydarzeniach na drogach – niemieckich bombardowaniach cywilnych uciekinierów - powstrzymały rodziców od wyjazdu. Jednak Ojciec z kuzynem Stanisławem Kasperkiewiczem, który przybył z Żyrardowa, zdecydowali się na ucieczkę. Wyruszyli na rowerach, dotarli pod Kowel, ale na szczęście zdołali wycofać się w porę przed nadciągającymi wojskami sowieckimi.
 Mieszkaliśmy wówczas w domu gminnym, który miejscowi Niemcy natychmiast potraktowali jako swoją własność. Po powrocie z wyprawy Ojciec otrzymał od miejscowych władz niemieckich nakaz opuszczenia mieszkania w ciągu 48 godzin. Przed wojną Ojciec był wyczulony na poprawne relacje między dziećmi polskimi i niemieckimi (mówiło się nawet nie Niemcy, tylko ewangelicy), aby w szkole nie dochodziło do żadnych zadrażnień na tle narodowościowym czy religijnym. Może to zadecydowało, że Niemcy poza wyrzuceniem nas z mieszkania nie zastosowali innych represji. Znalezienie jakiegoś lokum na wsi było bardzo trudne. Na szczęście nasz sąsiad Gontarz zgodził się nas przyjąć, uprzątnął małą izbę (“komorę”), z której usunął warsztat tkacki i w niej z trudem zmieściły się tylko nasze łóżka. Reszta mebli została złożona w stodole. Podczas tych trudnych chwil zarówno Ojciec jak i Matka zachowali spokój i opanowanie. Warunki były jednak nie do przyjęcia na dłuższą metę, zwłaszcza wobec zbliżającej się zimy. W tej sytuacji późną jesienią, Ojciec odwiózł nas do swojej rodziny w Radomsku, a sam wrócił do pracy na Powiśle. Tu powstała w tym samym budynku szkoła niemiecka, dla mniejszości narodowej niemieckiej, która zamieszkiwała na tym terenie, a dotychczasowy nauczyciel Niemiec, Her Ginter, objął kierownictwo tej szkoły. Widocznie panujące teraz stosunki były nie do zaakceptowania, gdyż Ojciec złożył podanie o przeniesienie, co zostało uwzględnione dopiero w lutym 1940 roku.
 Z końcem wakacji 1940 roku Ojciec po przeszło 10 latach  powrócił do Rębkowa i tu sprowadził rodzinę. Zaangażował się zaraz w działalność niepodległościową i w tajnej oświacie. Zamieszkaliśmy w wynajętej izbie z oddzielnym wejściem od frontu u gospodarzy Zięcinów, w pięknym zakątku z dala od wsi koło młyna, otoczonym ze wszystkich stron  ramionami rzeki Wilgi, w miejscu zdawałoby się bezpiecznym. Rodzice dawali nam dużą swobodę, co wyrabiało w nas samodzielność i odwagę. Najczęściej przebywaliśmy z dziećmi naszych gospodarzy Zięciów, szczególnie z Jadwigą, Bolkiem i Jankiem który później, po wojnie, zginął tragicznie mając kilkanaście lat. Starszy ode mnie o rok Rysiek Zięcina po wkroczeniu wojsk sowieckich został zesłany do kopalni na terenie ZSRS. Byliśmy też zaprzyjaźnieni z Ewą i Romanem Kiljańskimi. Z Ewą chodziłam do tej samej klasy, a mój brat Jerzy - z Romanem.
  Rzeka dawała nam dużo okazji do zabaw zarówno zimą jak i latem. W pobliżu upustu było niewielkie kąpielisko, do którego przybywała młodzież z Rębkowa, a nawet ludzie z Garwolina mimo że tę samą rzekę mieli u siebie. Przypuszczam, że spotkania tutaj mogły mieć też charakter konspiracyjny. Kiljańscy nie zabraniali nikomu, nawet całkiem obcym przebywać na swoim terenie, przechodzić przez kładkę na upuście, a nawet korzystać z łódki. Co ciekawe, nie dokonywano żadnych dewastacji, a łódka wraz z wiosłem zawsze wracała na swoje miejsce.
 Ojciec dbał o rodzinę. Zapewnienie choćby najskromniejszych warunków materialnych nie było wówczas łatwe. Dużą pomoc w tym zakresie okazywali nam państwo Kiljańscy. Utrzymywaliśmy też sporadyczne kontakty z rodzinami Ornatów, Traczyków na Parcelach, Rosłańców, Świesiulskich i Gałązków na Borkach.
 Szkoła w Rębkowie w czasie okupacji była formalnie szkołą 3-klasową. (Na moich świadectwach wystawionych w języku niemieckim i polskim widnieje sformułowanie “3-klasowa polska publiczna szkoła powszechna”, mimo że są to świadectwa ukończenia klasy V i VI! Po ukończeniu klasy VI można było przed wojną rozpocząć naukę w gimnazjum, które w czasie okupacji nie istniało, lub przejść do klasy VI na rocznik drugi (sic!).
  Szkoła mieściła się w Starym Rębkowie, w drewnianym budynku, do którego wchodziło się przez ganek, a po obu stronach niewielkiego korytarza znajdowały się dwie izby lekcyjne. Ze względu na niewystarczającą ilość sal odbywały się w nich także lekcje łączone, tzn. w jednej sali nauczyciel prowadził jednocześnie lekcję z dwiema różnymi klasami. Po powrocie do Rębkowa w 1940 r. ojciec zastał panią Helenę Tobiaszową, z którą pracował tutaj pod koniec lat dwudziestych. Objął stanowisko kierownika szkoły. Uczył klasy starsze, a pani Tobiaszowa młodsze oraz zajęć praktycznych i śpiewu we wszystkich klasach. Religii uczyli ci sami nauczyciele.  Ojciec uczył mnie w klasie V i VI, a także był opiekunem tych klas. Z tego powodu nie miałam żadnych ułatwień. Odwrotnie – ujawnione w domu niedociągnięcia czy braki wpływały na końcowe oceny na świadectwie. Czułam się czasem pokrzywdzona, choć rozumiałam, jak bardzo chciał być obiektywny i sprawiedliwy.
 Odbywały się też lekcje zakazanych przedmiotów – historii i geografii z jedyną mapą ścienną Polski, którą trzeba było dobrze ukryć. Do dzisiaj pamiętam lekcje w czasie wycieczki nad rzekę, gdzie siedząc na trawie podczas pięknej pogody słuchaliśmy z wielkim zainteresowaniem opowiadania o obronie Głogowa gdy broniąc oblężonej twierdzy Polacy z determinacją odpierali ataki Niemców.
 Dzieci były zdyscyplinowane, nauczyciele cieszyli się wówczas autorytetem, również wśród rodziców. Nie było wagarów, bójek, złośliwości, kradzieży – nikomu w szkole nic nie zginęło, nie używano wulgarnych słów. Nauczyciele wymagali uczciwości, prawdomówności, poszanowania drugiego człowieka.
 Gorzej było z wynikami w nauce – brakowało podręczników, nie istniało prawie czytelnictwo – Niemcy zlikwidowali wszystkie biblioteki szkolne. Języka polskiego uczono ze “Steru”, pisemka o niskim poziomie, często o banalnych treściach. Okupant nie potrzebował ludzi wykształconych, a niewolnikom miała wystarczyć podstawowa umiejętność czytania, pisania i liczenia. O istnieniu Polski należało zapomnieć.
 Zdarzyła się kiedyś nie zapowiedziana wizytacja Niemca. Ojciec prowadził lekcję przyrody, której tematem był wilk. Zarówno uczniowie jak i nauczyciel byli speszeni, spięci, nikt nie chciał zabrać głosu, czas się dłużył. Wreszcie zniecierpliwiony gruby, łysawy Niemiec łamaną polszczyzną i za pomocą gestykulacji zaczął nam demonstrować różnicę między, jak się wyrażał, “środkami obronnymi” psa i kota. Nie dość, że nie wymawiał poprawnie polskiego “r”, to mówiąc o kocie w charakterystyczny i śmieszny sposób rozczapierzał ręce. Mimo komicznej sytuacji nikt się nie śmiał, w dalszym ciągu panowała grobowa cisza. Gdy po zakończonej lekcji Niemiec wsiadł do samochodu i odjechał bez żadnych komentarzy, odetchnęliśmy z ulgą.
 Po śmierci pani Tobiaszowej w 1942 r. przyszedł na jej miejsce pan Ptaszkiewicz, który dodatkowo w roku szkolnym 1943/44 prowadził tajny komplet w zakresie pierwszej klasy gimnazjum. Po południu niewielka grupa uczniów zbierała się w szkole z piłką, z książkami ukrytymi pod ubraniem. Po lekcjach wychodziliśmy ze szkoły pojedynczo lub po 2 - 3 osoby. Nie chodziliśmy szosą przez wieś, lecz ścieżką równoległą do drogi wzdłuż strumyka, aby nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Na szczęście żadnej wpadki nie było. Po wojnie kilka osób z tej grupy rozpoczęło naukę w klasie drugiej w gimnazjum w Garwolinie. Pod koniec okupacji pracował też w szkole pan Karol Zarański również zaangażowany w działalność niepodległościową.
 Życie konspiracyjne koncentrowało się w młynie pp. Kiljańskich. Zatrudniony był tam w kantorze pan Zbyszek, którego nazwisko (Jarewicz) i stopień wojskowy (podporucznik) poznaliśmy dopiero po wojnie. Właściciel młyna był też żołnierzem AK, jak również jego pracownik, Stefan Rękawek, a pewnie też i inni. Od czasu do czasu przed młynem gromadziła się na raz duża ilość furmanek ze zbożem na przemiał – były to podobno upozorowane w ten sposób zjazdy członków podziemia. Pewne spotkania odbywały się też w majątku ziemskim u pp. Celińskich gdzie często w sprawach służbowych pojawiali się Niemcy przyjeżdżający konną bryczką, a w “kurnikach” przebywali niemieccy żołnierze na wypoczynku po wycofaniu ich z frontu. Punktem kontaktowym mógł być zapewne sklep na przeciw szkoły w domu pp. Siudalskich prowadzony przez ppor. Piotra Rutkowskiego wysiedlonego z żoną z Łodzi (lub z Wielkopolski – nie jestem pewna). Bywał w naszym domu p. Marian Jaworski w mundurze kolejarza, z neseserkiem o podwójnym dnie, w którym przewoził “bibułę” i pieniądze dla Armii Krajowej. Naprawdę był on nauczycielem z Garwolina. Ukrywał się przed Niemcami i czasem nocował w stodole u Zięcinów. Z panem Jaworskim jeździła do Warszawy, a później już sama, moja koleżanka z klasy Halina Szponder i pod wskazany adres dostarczała jakieś “papiery”, które przewoziła ukryte na głowie pod czapką. Wiem to z jej późniejszego opowiadania. W domu u Szpondrów Ojciec uczył grupę dzieci zabronionych przedmiotów. Ja w tej nauce nie uczestniczyłam, uczyłam się sama w domu. Tam też słuchano komunikatów radiowych z zagranicy.
 Dwukrotnie towarzyszyłam ojcu w wyjeździe zapewne w celach konspiracyjnych. Raz furmanką do Łaskarzewa, niby po ziemniaki, których nie przywieźliśmy, a drugi raz do wsi Krystyna po ławki szkolne. Dziwiło mnie to bardzo, bo ławek w szkole nie brakowało, a dwie wrzucone na wóz nie mogły mieć znaczenia w doposażeniu szkoły. Nie pytałam o nic, gdyż zdawałam sobie sprawę, że powinnam jak najmniej wiedzieć.
 Ojciec często jeździł rowerem do oddalonych miejscowości, zaopatrywał rodziny aresztowanych członków AK. Niejednokrotnie, jak mówił, musiał kryć się w polu przed nadjeżdżają drogą Niemcami. Niemal cały wolny czas poświęcał działalności podziemnej. Wieczorami prawie nigdy nie było go w domu – wracał późno w nocy. Często nie mogłam zasnąć, dopóki w charakterystyczny sposób nie zapukał do okna oznajmiając swój powrót. Nie dzieliłam się jednak swoimi obawami z matką ani z braćmi. Nasze życie rodzinne płynęło mimo wszystko normalnym trybem i niezakłóconym rytmem, przede wszystkim dzięki poczuciu obowiązku i pracowitości Matki. Ojciec nigdy na nic nie narzekał, nie okazywał zmęczenia czy zniechęcenia. Z natury był pogodny, miał poczucie humoru, był lubiany w towarzystwie. Czuliśmy się przy nim bezpiecznie nie zdając sobie do końca sprawy z grożącego nam wszystkim niebezpieczeństwa, które pewnego dnia miało uderzyć w nas niespodziewanie i zburzyć wszystko.
 W naszym domu była systematycznie czytana prasa podziemna. pamiętam szczególnie odbijany na powielaczu “Apel” i w mniejszym formacie drukowany “Biuletyn Informacyjny”. Znaliśmy na bieżąco wydarzenia wojenne, śledziliśmy na mapach w atlasie linie frontu.
 Z chwilą, kiedy Niemcy odkryli groby katyńskie, publikowali w gazetach nazwiska od oficerów polskich. Szukaliśmy wśród nich stryja Kazimierza, najmłodszego brata Ojca, porucznika artylerii przeciwlotniczej, który dostał się do niewoli sowieckiej, a ostatnią wiadomość z obozu w Starobielsku przesłał do swojej matki w grudniu 1939 roku. Na tych niemieckich listach katyńskich jego nazwiska nie było. (Dopiero w 1996 roku został zidentyfikowany w największej zbiorowej mogile w Charkowie, gdzie w kwietniu i maju 1940 roku NKWD rozstrzelało ponad 4 tys. polskich oficerów.) Rodzice utrzymywali korespondencję z drugim bratem Ojca, Zenonem, też zawodowym oficerem, porucznikiem saperów, przebywającym w Oflagu IIA w Prenzlau na terenie Niemiec. Ilość listów była ograniczona. Aby list napisać, trzeba było uprzednio otrzymać od jeńca specjalny blankiet, który po złożeniu stanowił jednocześnie kopertę.
 Podczas okupacji w Rębkowie plagą stawały się napady z bronią w ręku, szczególnie na młyn i majątek ziemski, organizowane przez okolicznych bandytów. Polegały one na wymuszaniu haraczy. Napastnicy terroryzowali domowników bronią każąc kłaść się na podłodze, żądali pieniędzy, czasem wyznaczali dzień i miejsce, gdzie pieniądze miały być przekazane. W związku z tym Armia Krajowa podjęła  z bandytyzmem walkę. Nie znam bliższych szczegółów, nie wiem jakie stosowano środki. Sama byłam świadkiem takiego napadu, kiedy po śmierci Ojca (14 kwietnia 1944 roku) nocowaliśmy u pp. Kiljańskich. Do mieszkania weszło dwóch osobników w czarnych kominiarkach, z bronią w ręku, żądając pieniędzy od właścicielki młyna.
  Po wymordowaniu mieszkańców i spaleniu w lutym 1944 roku wsi Wanaty Niemcy penetrowali teren. Sytuacja stawała się coraz groźniejsza, nasilały się aresztowania. Wiosną 1944 roku Ojciec brał udział ze swoim plutonem w zabezpieczaniu zrzutów broni dokonywanych przez aliantów. Rozważał wówczas możliwość udania się do oddziału leśnego na stałe, ale myślę że wstrzymywała go konieczność porzucenia w ten sposób pracy i narażenie rodziny na ewentualne represje. 14 kwietnia nie zdążył ewakuować się do lasu za rzeką, tak jak inni mężczyźni ze wsi i młyna. Uciekając przed żandarmami, którzy zbliżali się do domu Zięcinów został ugodzony wieloma pociskami z broni maszynowej, a potem, kiedy już upadł pod drzewem nad rzeką koło upustu – z małej odległości w głowę, sądząc po wielkiej ranie.
 Miejsce to jest dzisiaj zupełnie nieuczęszczane, porośnięte dziką roślinnością. Upust i wspomniane drzewo już nie istnieją.  
 Z końcem 1944 roku opuściliśmy na stałe Rębków. Przez wiele lat o działalności i przynależności Ojca do AK musieliśmy milczeć.
 Pamiętam, jak kiedyś mówił: “Nie robimy tego dla siebie, lecz dla dzieci i przyszłych pokoleń.” Dzieciom wyszło żyć w trudnych czasach i ponosić konsekwencje związane z przeszłością Ojca i Stryjów. Np. mój brat Zygmunt po maturze dostał powołanie do wojska i zamiast odbywania normalnej służby  musiał przepracować dwa lata pod ziemią w kopalni “Bobrek” w Bytomiu.
 Osiągnęliśmy już dawno wiek emerytalny i do tej pory, mimo starań,  nie mogliśmy doczekać się upamiętnienia działalności i śmierci Ojca w miejscu gdzie pracował i zginął. Wnuki weszły już w wiek dojrzały, a trzecie pokolenie (prawnuki) dorastają. Dla nich tamte czasy to już bardzo odległa historia. Żyją w okresie pokoju, w zupełnie innych warunkach. Muszą jednak pamiętać, że idee dla których umierali ich przodkowie są zawsze aktualne i nie mogą nigdy stracić na wartości.







Jesteś Na bloga liczniki osobą na tej stronie.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego