Dawid i Goliat - Rębkow - duża historia małej wsi

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Dawid i Goliat

Opowiadania

Dawid i Goliat
Gdy miałem dziesięć lat ojciec dostał po ponad czterech latach starań przydział służbowego mieszkania w Warszawie. Przydział wiązał się z możliwością przeprowadzenia całej naszej rodziny ze wsi pod Garwolinem do Warszawy i zameldowania się w Stolicy. Były to czasy gdy te władze co przyszły wraz z pepeszami od strony Moskwy decydowały o tym kto może mieszkać w Warszawie a kto nie - długo tak decydowali aż Warszawę po swojemu umeblowali.
Mój ojciec który był oficerem pożarnictwa musiał czekać na takie zezwolenie aż tak długi czas. Był bezpartyjny a i to że był w AK podczas wojny też nie pomagało. Nie pomagało to chyba słabe określenie
chyba bardziej odpowiadające prawdzie będzie “zdecydowanie przeszkadzało”. Bez problemu awansowały w tamtych czasach małe i duże ochlajpusy takie co to w okupację skrzętnie podporządkowywały się wszystkim niemieckim zarządzeniom ryzykować życie?
Dla Polski?
A po co?
Tyle jest przyjemności i bez wódki ani rusz. Dla tych z AK i na dodatek niepijących w tym państwie zwanym PRLem to tak nie za wiele ci możno- i wszystkowładcy zostawili miejsca. Z tamtego okresu, pewnie nie bez powodu, zostało mi przekonanie, że ludzie władzy to pijacy i już.
Czy zawsze?
Nie, ale chyba tylko nieliczni z nich umieli zachować umiar w piciu.
Jak wyglądała przeprowadzka?
Nie pamiętam ale już na wiosnę 1958 roku nasze meble znalazły się w Warszawie a jesienią to do szkoły miałem iść tam - w Warszawie. Wszystko nowe, wszystko nieznane i kapcie trzeba było w szkole mieć i worek na nie. Tam na wsi było nas chyba szesnaścioro w klasie a tu było ponad czterdzieści dzieciaków i jeszcze mnie tam tylko brakowało na dodatek nie wiem po co i tam na wsi nikt nie kazał nam kapci nosić.
Zderzenie odmienności Światów było nieuniknione i czasami bolesne
dla mnie. Jeden był tylko niższy ode mnie Adam Firkowski i chyba jeden którego już nazwiska nie pamiętam co mniej ode mnie rozumiał z tego co nauczyciele mówili. Bywa i tak lecz powoli nadrabiałem zaległości w wiedzy które były wynikiem w różnicy poziomów nauczania w tamtej i tej nowej szkole. Najcięższy był pierwszy rok. W drugim roku już mogłem mówić o małych sukcesach a w klasie siódmej to z fizyki i matematyki byłem już w gronie najlepszych a i szkołę skończyłem z wyróżnieniem.
Jakie były te dzieci w tamtych czasach wczesnego PRLu w szkole nr 126 na ulicy Otwockiej w Warszawie? Ambitne i nauczyciele w większości byli nastawieni na promowanie tych którzy mieli szerszą wiedzę niż szkoła wymagała i tych którzy chcieli zdobywać wiedzę. Janusz Galicki mój sąsiad już w siódmej klasie podstawówki zajął w teleturnieju z historii sztuki pierwsze miejsce. Dobrze się Janusz zapowiadał i nie tylko on. Ala Malenta, siostry Zosia i Basia Panek - wcale nie bliźniaczki a w jednym roku urodzone, Lilianna Podgórska, Przybylska - której brat był marynarzem i po Świecie pływał, Janusz Gołębiowski, Ania Bryś, Janusz Gąska, Sylwek Trendak, Todorski Zdzisław /ukryty talent matematyczny ale to dopiero na testach wyszło/, Marek Kurek, Krzysztof Michalski, Waldek Roguski, Marek Lichocki, Bogdan Majerowski, Zdzisław Skrajny, Tereska Kozieja, Staś Szymański, Jerzy Kul - co go chcieli przechrzcić pod pompą, Jola Ziółek, Konrad Wójcicki, i wielu innych których nazwiska czas zatarł a było nas w klasie ponad czterdzieścioro /na końcu umieściłem listę osób rozpoznanych na zdjęciu - może ktoś rozpozna jeszcze inne osoby?/.
W szkole prowadzono kilka kółek zainteresowań
najbardziej zapamiętałem “Kółko żywego słowa” które prowadził Witold Gawdzik czyli “profesor przecinek”. Po tylu latach pamiętam jak Ala deklamowała wiersz:
“Płacze pani słowikowa w gniazdku na akacji, bo pan słowik ...”
Może to nie Ala tylko Zosia Panek recytowała?
Już nie pamiętam.
Było też kółko metaloplastyki ale kto je prowadził to nie pamiętam bo ten Pan nie uczył żadnego przedmiotu tylko siedział w pomieszczeniach w piwnicy które były wypełnione ogromna ilością wykonanych przez uczniów lichtarzy, wieszaków, noży i już sam nie wiem czego.
Nie należałem do żadnego kółka ani też chóru który prowadził Lebiedź. Wierszy unikałem, majsterkowania w piwnicy też. Nie bardzo wiedziałem co w ogóle robić z wolnym czasem, tylko wskazówki w dużym zegarze w pokoju wolno i całkiem jak mi się czasami wydawało nierównomiernie czas odmierzały.
Wchodzenie w nowe środowisko, zdobywanie kolegów, poznawanie miasta to wszystko odbywało się trochę jak na zwolnionym filmie. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko to było możliwe starałem się pojechać na wieś, tam do Rębkowa, do kolegów, do pól, łąk, lasów do swobody i przestrzeni której tak brakowało w mieście. Jak miałem 12 lat to już sam pociągiem tam jeździłem. Tam byłem u siebie. Jak jeszcze chodziłem tam do szkoły zorganizowałem grupę rówieśników. Razem spędzaliśmy czas na wspólnych organizowanych i wymyślanych przez nas zabawach. Graliśmy w Pikora, chyba we wszystkie możliwe i niemożliwe zabawy w wojnę, wędrowaliśmy po okolicy, jeździliśmy na nartach, sankach, łyżwach, strzelaliśmy z łuków i nie tylko. A jakie atrakcje dawała wtedy Warszawa? Kino, ZOO, spacery po starym mieście i wyprawy za wały na końcu Kawęczyńskiej gdzie ulica Boruty dokładnie określała charakter miejsca. Swobodniej i bardziej swojsko było na wsi.
Nic też dziwnego, że tak chętnie nawet w ferie zimowe jechałem na wieś do babci lecz wydarzyło się coś co te moje wyjazdy mogło zablokować. Może nawet nie same wyjazdy ale ich sens.
Otóż kierowniczka miejscowej szkoły tam na wsi, osoba bardzo wysoko postawiona nie tylko w lokalnej hierarchii bo była posłem na sejm
oficjalnie zakazała utrzymywania ze mną jakichkolwiek kontaktów moim rówieśnikom!
Czy podała powody?
Nie.
W ogóle to miała zwyczaj używania w stosunku do młodzieży określeń: ty draniu, ty łobuzie i w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć aby używała określeń pozytywnych.
Wszyscy moi koledzy chodzili do kierowanej przez nią szkoły i w związku z tym miała nieograniczone możliwości bezkarnego wywierania na nich presji. Niedobrze, nawet bardzo niedobrze. Przyczepiła się do mnie zupełnie bez powodu
było to tym dziwniejsze, że w tym samym czasie przyjęła do tej szkoły swojego młodego jak ja jej krewniaka który został wyrzucony ze szkoły we Wrocławiu za kradzieże butelek na mleko.
Jak to kradzieże butelek?
W tamtych czasach mleko było w miastach wczesnym rankiem roznoszone do domów. Wystawiało się pustą butelkę a mleczarz zamieniał ja na pełną a tamten kuzyn dyrektorki szkoły chodził z kradł te wystawiane butelki aby następnego dnia sprzedać je w sklepie. Puste? Tak, chyba 2 zł było zastawu za butelkę. To tak codziennie jak te butelki podbierał to mógł nawet całkiem ładna kwotę na koniec miesiąca uzbierać ale go złapali. Wstyd i uznali, że tam we Wrocławiu to nie ma czego szukać i dali go do tej szkoły w Rębkowie. Bywa i tak.
Pojechałem w taki czas jak zwykle na wieś. Przyszli koledzy i mówią o zakazie. Dziwne i nie spotykane ale tak było. W pewnej chwili któryś z nich mówi, że idzie kierowniczka, koledzy pytają się co robić? Jeśli uważacie, że lepiej się jej nie narażać to zmykajcie do domów i kilku rzeczywiście przezornie, chyłkiem uciekło ale ci odważniejsi zostali.
Dyrektorka jak się okazało szła z konkretnym celem i tym celem byłem ja! Stanęła na drodze przed domem moich dziadków i zaczęła krzyczeć wyraźnie na mnie
ty draniu, ty łobuzie. Ludzie się na te krzyki zlecieli a ta krzyczy wyszedłem na drogę do niej i jak na chwilę dla złapania oddechu zamilkła głośno powiedziałem:
“Ale ja butelek nie kradłem”
Jak by w nią piorun strzelił. Skamieniała a ludzie w śmiech, znali mnie przecież tyle lat i wiedzieli że się po prostu ośmieszyła. Różne figle można było mnie przypisać ale nie kradzież. Po tym wydarzeniu dała mi całkowicie spokój tym bardziej że rodzice moich kolegów jednoznacznie powiedzieli i to wszyscy, że nie mają do mnie żadnych zastrzeżeń i nie ma powodu do ogłaszania zakazów.
- ---------------------------------------------
Przez wiele lat nurtowało mnie pytanie
dlaczego ta kobieta tak na mnie się uwzięła?
Nie znajdowałem odpowiedzi lecz jestem bardzo, ale to bardzo dociekliwy. Gdy moja córka miała około 12 lat postanowiłem wybrać się z wizyta do tej mojej dawnej prześladowczyni. Znalazłem telefon, zadzwoniłem, zdziwienie ale zaproszenie uzyskałem i po kilku dniach pojechałem z żoną i córka z wizytą do byłej mojej nauczycielki i nieopatrznej gnębicielki. Sądziłem, że po tylu latach powie o co jej w końcu chodziło. Co było powodem tak niedorzecznych jej działań.
Weszliśmy do mieszkania, kwiaty, ciasteczka, siadajcie. Atmosfera raczej napięta i nerwowa. Zaczynam wspominać szkolne lata ale opowiadam same dobre wspomnienia. Trochę się rozluźniła
opowiedziałem co robię, jakie mam sukcesy. Ucieszyła się. Chyba niewielu uczniów ją odwiedzało. Nie nawiązywała do tamtych wydarzeń sprzed i ja też nic nie mówiłem. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy dobrze ponad dwie godziny nie dowiedziałem się motywów jej działań i już się pewnie nie dowiem.
Czy mam żal do niej ?
Nie, nawet wtedy przed laty dominowało we mnie bardziej zdziwienie niż żal. Sporo dobrego zrobiła ta nauczycielka dla wsi. Za jej czasów pobudowano dużą szkołę. Była tam dyrektorką do emerytury.
-----------------------------------------
Prawdopodobnym powodem jej zakazów było to, że żaden z chłopaków ze wsi nie chciał należeć do harcerstwa które chciał stworzyć ten od butelek z Wrocławia - mówili, że wolą moją "bandę" niż jego harcerstwo. Bywa! Myśmy nie kradli a jakie to harcerstwo jeśli "szef" kradnie?
Lista uczniów rozpoznanych na zdjęciu:

Pisarczyk czy Zakrzewski?
Żegliński Andrzej Łochowska i jego brat Edward
Kul Jerzy,
Kurek Marek z Siedleckiej,
Gołębiowski Janusz z Siedleckiej
Trendak Sylwek z Wołomińskiej
Firkowski Adam z Siedleckiej
Galicki Janusz z Radzymińskiej 34 ,
Lichocki Marek z Otwockiej - ma dobrą pamięć do mojego spisu dołożył jeszcze 10 osób,
? Drzewiecki Adam
Kucharczyk Wiesław ?
Majerowski Bogdan Łochowska,
Potrzebowski Wojtek z Wołomińskiej,
Kozieja /Borcz/ Teresa z Radzymińskiej chyba 28,
Ewa Bytnar?
? Drzewiecki Adam
ładnie grał na pianinie,
Wójcicki Konrad z Siedleckiej,  jak się ciepło na wiosnę robiło to raczej plener wybierał
dziś jest dyrektorem szkoły,
?
Roguski Waldek z Łomżyńskiej, - palił jak najęty, dziś w Krakowie?
?
Ziółek /Brudzińska/ Jolanta z Jadowskiej,
Jabłońska Barbara /Todorska/ ?
Przybylska Marysia z Ząbek?
Panek Zosia z Wołomińskiej,
Szymański Staś Łochowska brama przechodnia,
Zimińska Marysia z Radzymińskiej za wałami?
Dembecka Alicja - Łochowska
?
Malenta /Niziołek/ Alicja z Wołomińskiej,
Kozłowska Ewa,
?
Podgórska /Matysiak/ Lilianna z Wołomińskiej,
?
?
?
Bryś Anna /Orłowska, Wentowska/ z Siedleckiej,
Gąska Janusz /Więckowski/ z Siedleckiej
?
?
?
?
?
Janusz Szymankiewicz
a gdzie te osoby posadzić?
Panek Barbara z Wołomińskiej
Chmielewska Danka - może jej nie być na zdjęciu
Skrajny Zdzisław z Wołomińskiej,
Todorski Zdzisław z Łochowskiej,
Gołębiowski Janusz z Siedleckiej,
Michalski Krzysztof z Radzymińskiej 34,
a gdzie ja?
może ktoś kogoś jeszcze pamięta?
29.09.2003 SJS



Witold Gawdzik ma rewelacyjną pamięć. Na spotkaniu klasowym po 50 latach o każdym z nas miał coś do opowiedzenia.


Jesteś Na bloga liczniki osobą na tej stronie.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego